Zapiski z Północy czyli o „wypożyczaniu” księdza na święta i mchu kładzionym pod krzyżem zamiast palmy

W Polsce trudno jest sobie wyobrazić kościół bez księdza. Ale na Północy jest to dość powszechne, zwłaszcza, gdy na 14 naszych misji przypada zaledwie siedmiu kapłanów, a dystansu między wioskami nie można pokonać samochodem czy rowerem, lecz trzeba użyć samolotu, co wiąże się z kosmicznymi wydatkami. Bilet do misji odległej zaledwie o 200 kilometrów kosztuje tyle, co bilet z Polski do Kanady. Dlatego bardzo często w niedzielę nie jest odprawiana Msza święta, a tylko nabożeństwo, które koordynują miejscowi liderzy w asyście siostry zakonnej bądź świeckiego misjonarza. Trudno to sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej przeżyć, zwłaszcza przez kogoś, kto całe życie miał dostęp do kapłana, 24 h na dobę siedem dni w tygodniu. A gdy ksiądz okazał się np. zbyt smutny albo zbyt wesoły, „odwracał się na pięcie” i przechodząc zaledwie kilka kroków, znajdował innego, tym razem z odpowiednim temperamentem. (…)Na początku mojej misyjnej drogi pamiętam swój olbrzymi strach, gdy usłyszałam, że pojadę na misję, w której nie ma kapłana. Początkowo było mi bardzo ciężko w ogóle to zaakceptować. Teraz widzę to trochę inaczej. Z jednej strony chciałabym wykrzyczeć na całe gardło rodakom, że mają niesamowite szczęście! Że w Polsce są powołania, że każdego dnia powinni dziękować Bogu, że w parafii, która jest tuż za rogiem, mają księdza, nawet kilku, że mogą codziennie uczestniczyć we Mszy świętej. Spowiadać się, kiedy tylko przyjdzie im na to ochota. Mają piękną Mszę Wigilii Paschalnej, szopkę, grób Pański, 24 h adoracje. Datę ślubu wybierają sami, a nie w zależności od przyjazdu kapłana czy samolot wyląduje, czy nie.

tekst: Magda

Czytaj więcej w czerwcowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.