Zapiski z Północy czyli o „gawędzeniu” o tym co dobre, o balu noworocznym i wylegujących się fokach

Godzina 15:30, za oknami kompletnie ciemno. Zimą to nie żadna nowość, bo w najkrótszy dzień słońce chowa się za horyzont już o 13:00. Ale ja nigdy nie przywyknę do braku słońca. Jest bardzo zimno. Dziś z wiatrem -57. Przy takim chłodzie, nawet na misji czuć wkradające się lodowate powietrze. W kaplicy panuje półmrok. Dzieci po szkole przyjechały busem pod sam kościół i z wielkim łoskotem „wparowały” do niego. „Lena, Lena zgadnij co”? – krzyczy jedna z dziewczynek w pośpiechu zdejmująca kurtkę. „Co”? – pytam z uśmiechem. „Mam już sukienkę na bal noworoczny. Mama mi przywiozła z Winnipegu. Jest piękna i nowa”. – Mówi to z wielkim przejęciem, a zaczerwieniona od mrozu twarz promienieje wielką radością. „O, masz szczęście”. – mówi długowłosa Inuitka, ściągając zimowe spodnie i poprawiając rozczochrane włosy. „Ja mam sukienkę z zeszłego roku”. – Pochodzi ona z bardzo biednej i wielodzietnej rodziny, więc nie jest stać jej rodziców, by „rok w rok” kupować dla dzieci nowe ubrania na bal organizowany w szkole. „A nie chcesz mojej”? – wtrąca się dziewczynka o pulchnej buzi – „Bo ja będę miała sukienkę od siostry”. „Lena, mogę pobawić się lego”? – mały chłopczyk podchodzi do mnie i klepie mnie w nogę, bym i na niego zwróciła uwagę. „Nie, Miles” – kolejna dziewczynka ciągnie brata za rękaw i karcąco kręci głową – „Najpierw idź powiedz: Hi to Jesus! Chodź, zrobimy to razem”. Chłopczyk, ciągnięty przez swoją siostrę, bije się dłonią w czoło i wzdycha: „O nie! Zapomniałem”.

tekst: Magda

Czytaj więcej w marcowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.