Z buta do Maryi

Pomyśl tylko, jak wiele przeciwności musi pojawić się na twojej drodze, gdy postanawiasz wyruszyć na piechotę z Polski do Medjugorie. „Ale jak to, sam, bez nikogo? Bez pieniędzy i zapewnionych noclegów? 1300 km bez jakiegokolwiek przygotowania? Przecież to niemożliwe!”. Na pewno sporo osób myślało w ten sposób o Bartku Krakowiaku, chłopaku z warszawskiego Mokotowa, który w 2017 r., po doświadczeniu życiowych trudności i kryzysie, słysząc wezwanie Boga, aby wstać i iść do Medjugorie, za ostatnie sto złotych kupuje plecak i idzie. Bartek to niesamowity człowiek. Po ciężkim dzieciństwie, w którym wódka w domu lała się równie często, co woda z kranu, ubrania miały więcej dziur niż szwajcarski ser w lodówce, a tata, zamiast miłości, każdego dnia dawał coraz to nowsze wyzwiska i obelgi, nie jest łatwo stanąć na ringu życia i toczyć walkę z przeciwnościami. „Od najmłodszych lat byłem gnębiony przez mojego ojca. Po dwudziestu dwóch latach takiego życia wiem, że słowo rani o wiele bardziej niż dotyk, dlatego to, że kilka razy mnie uderzył, to naprawdę nic w porównaniu z tym, co mówił. Przez całe dzieciństwo słyszałem, że nic nie osiągnę, że jestem zerem, mój ojciec nigdy mnie nie pochwalił. Dla dziecka to naprawdę straszny ból słyszeć coś takiego od własnego ojca..”. Tak w swojej książce, będącej świadectwem jego życia i zapiskami z marszu do Maryi, Bartek opisuje swoje dzieciństwo. (…)Bartek cierpiał już od najmłodszych lat, ze względu na biedę czuł się gorszy od innych dzieci, był wyśmiewany, co jeszcze pogarszało jego stan. W wieku 14 lat Bartek zaczął kumplować się z chłopakami z osiedla, pić alkohol, brać narkotyki, kraść, stał się typowym dzieckiem ulicy. Chłopak rzucił naukę, nieobce były mu też pobyty w poprawczaku, z którego kilkakrotnie uciekał. Jak trafnie stwierdza w swojej książce: „Codziennie kogoś biliśmy, biegaliśmy pijani i naćpani, robiąc krzywdę innym, a tak naprawdę krzycząc: „pomóżcie nam!”. Właśnie tak, ci wszyscy ludzie, którzy kogoś biją, rzucają kamieniami w szyby, kradną i są „zdemoralizowani”, tak naprawdę krzyczą: „pomóż mi, nikt mnie nie kocha!”.

tekst: Damian Krawczykowski

Czytaj więcej w listopadowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.