Wzrastamy w wierze

Jesteśmy małżeństwem od 30 lat, a 29 lat temu Pan Bóg obdarzył nas Aleksandrą, naszą pociechą. Nasze życie religijne, do momentu rozpoczęcia procesu nawrócenia, było takie zwyczajne, jak u większości ludzi, którym wydaje się, że są osobami wierzącymi. Zakładaliśmy, że Pan Bóg istnieje, ale nie było w tej religijności Żywego Boga, była to po prostu czysto teoretyczna wiara. Kamila uczęszczała do kościoła w każdą niedzielę i święta. Modliła się raczej regularnie: rano i wieczorem. Natomiast ja, jako mąż, który powinien okrywać płaszczem ochronnym całą rodzinę, niestety, na tym etapie mojego życia nie byłem w stanie sprostać temu zadaniu. Nie czułem Pana Boga, nie modliłem się i rzadko chodziłem do kościoła. Teraz umiemy to nazwać: byliśmy takimi „letnimi katolikami”. Otaczała nas po prostu jedna, wielka pustka, a to był dopiero początek. Nasz brak prawdziwej wiary powodował, że nie żyliśmy  godnie z przykazaniami, nie modliliśmy się wspólnie, trudno nam było cokolwiek i komukolwiek wybaczyć, nie umieliśmy sobie ani innym okazywać miłości. Takie zachowanie rzutowało niestety na emocjonalność naszej córki Oli. Dziewczyny w okresie dorastania zazwyczaj wzorują się na ojcach rodziny, niestety, moja postawa spowodowała,  że nasza córka wychowała się w rodzinie, w której Pan Bóg był na 3…, a może 4 lub 5 miejscu. Żyliśmy sobie w takiej nieświadomości, Ola dorastała, a nam wydawało się, że byliśmy szczęśliwą rodziną. Skupialiśmy się na przyjemnościach cielesnych tego świata, to takie ludzkie: dużo zarabiać, dobrze żyć i bawić się, nie mieć żadnych problemów. I to się w jakiś sposób działo, ale nie widzieliśmy, że pycha, egoizm zatruwały nasze dusze od środka tak powoli, powoli, powoli…

Czytaj więcej w listopadowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.