Trzeba kochać

Moi rodzice wierzyli w Boga, ale do kościoła chodzili rzadko, właściwie tylko w niedzielę. Tato często otwierał książeczkę i modlił się w domu, wtedy zalegała cisza, nie wolno było mu przeszkadzać. Bez pacierza nie wyszedł do pracy. Mama… pamiętam do dzisiaj, jak siedząc na łóżku opowiadała nam o Męce Pana Jezusa. Będąc dzieckiem chodziłam do kościoła, ale nie zawsze, bo miałam daleko – siedem kilometrów pieszo. A zimą, gdy zawiało ścieżki, nie można było od nas nigdzie dotrzeć. W domu było nas siedmioro dzieci, więc nawet o ubranie było trudno. Tata robił nam drewniane „trepki” i w nich biegaliśmy koło domu. Ale codzienny pacierz był obowiązkiem. Gdy szłam do Pierwszej Komunii Świętej, miałam najlepsze stopnie, a z religii pamiętałam wszystko. Przy tej okazji kapłan zorganizował nam Adorację Najświętszego Sakramentu. Miałyśmy też swoje charakterystyczne stroje. Niosąc sztandar na Jasną Górę szłyśmy ubrane w granatowe spódniczki, białe bluzeczki i furażerki na głowie. Pięknie to wyglądało. (…)Wyszłam za mąż w wieku dwudziestu lat. Początkowo nie mogłam zajść w ciążę. Dopiero po trzech latach urodziła się Halinka, potem Urszulka. Przez całe lata mojego małżeństwa nie byłam zbyt blisko Pana Boga. Ale gdy pracowałam w Spółdzielni dla Niewidomych, robiąc żabki do firanek, modliłam się koronką do Ducha Świętego i jeszcze dodatkowo odmawiałam „Zdrowaś Maryjo”. (…)Wiara w życiu codziennym czasem wygląda jak przepiękny, słoneczny dzień, a czasami jest bardzo ciężko, trzeba walczyć, mieć się na baczności. Kiedyś podczas rekolekcji przy okienku leżały zdjęcia świętej Teresy z aniołami dokoła, więc wezwałam ich od razu: „Aniołowie, przybądźcie, otoczcie mnie wkoło”. I w takich chwilach jest pięknie. A niekiedy są takie dni, że trudno wytrzymać. Ale wierzę, że Bóg dopuszcza do takich sytuacji w jakimś celu, tak musi być. Nie zawsze jest słodko i cudownie, w trudnych chwilach trzeba walczyć z pokusami.

Czytaj więcej we wrześniowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.