Święta Katarzyna ze Sieny

Zastanawialiście się kiedyś, jak by to było – spotkać się ze świętym twarzą w twarz? Zobaczyć, jak naprawdę wyglądał? Zapytać o jego życie, o drogę? Czy można wyobrazić sobie takie spotkanie? Może spróbujemy? Co powiedziałaby nam święta Katarzyna ze Sieny dzisiaj? Co było dla niej w życiu najważniejsze? Wyobrażam sobie, że mogłaby mówić do nas właśnie tak: „Moje życie się kończy. Jestem jeszcze tu, ale tak naprawdę już tam – w ramionach mojego Boga. Nie, nie jestem stara – mam tylko 33 lata. Ale On już mnie woła. Cierpię. To nic. Wszystko oddaję Jemu. Za Kościół. Za ludzi. Za to, co zostawiam, by odejść do mojej upragnionej Ojczyzny. Ból jest niczym. Udręki duszy są niczym. Nic mnie nie może oddzielić od Miłości. Kim jestem? Kim byłam? Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stają się jednym. Tak niewiele mogłam z siebie dać. Ludzie widzą to inaczej, wiem. Piękne. Ale czy zasłużyłam? Nic nie było i nie jest moje. Jestem tylko narzędziem w Jego Dłoni. Niedoskonałym narzędziem… Chwilami wracam myślami do czasów dzieciństwa. Było szczęśliwe. Wychowałam się w bardzo dużej rodzinie, ale niczego mi nie brakowało. Miałam nawet więcej. Już kiedy byłam mała, czułam Jego obecność. A potem Go zobaczyłam. Tam nad kościołem dominikanów. I zakochałam się. Pokochałam mojego Boga całą sobą. Powiedziałam mu: wybieram Ciebie. Na zawsze. Moi bliscy? Kochali mnie, ale nie do końca rozumieli. Mama chciała, żebym była jak inne dziewczęta. A ja już myślałam o życiu w klasztorze. Pragnęłam tego. Rodzina chciała wydać mnie za mąż. Ale ja wiedziałam, że to nie jest moja droga. Kiedy skończyłam 16 lat, udało mi się. Rozpoczęłam nowicjat jako tercjarka dominikańska. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego.

tekst: Joanna Wołoszyn

Czytaj więcej w październikowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.