Recepta na pokój

Fatima. Dziś słyszał o niej chyba każdy wierzący, a do większości dotarło jej przesłanie. Przybyliśmy do Fatimy 19 sierpnia. Pośpiesznie zaparkowaliśmy auto i pobiegliśmy ku sanktuarium, przedzierając się przez tuziny kramów z dewocjonaliami. Sklepiki w miejscach kultu religijnego zawsze powodują mój uśmiech – można w nich zobaczyć całe armie figur Maryi i Pana Jezusa oraz kupić każdego świętego w dowolnym rozmiarze. Wygląda to trochę zabawnie, ale też uświadamia człowiekowi, jak wielu ma orędowników. (Ostatecznie i my ulegliśmy presji marketingu i zakupiliśmy do domu świętą Ritę, jedną z naszych ulubionych świętych; w końcu Marcin polował na nią od czasu pielgrzymki do Włoch). Gdy dotarliśmy do Bazyliki, uderzyła mnie prostota tego miejsca. Niewielka świątynia była akurat w remoncie. Pod żadnym względem to, co zastaliśmy w środku, nie zdradzało przepychu. Skromny ołtarz, groby trójki pastuszków ozdobione kwiatami, białe ściany. „Trochę za ubogo” pomyślałam, mając w pamięci kościoły Lizbony czy Porto. „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – przyszło mi do głowy w odpowiedzi. Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć figury Matki Bożej Fatimskiej, co bardzo mnie zdziwiło. Przecież jest taka nawet w naszej parafii. W wierze chodzi o „niewidoczne dla oczu”, jednak niewątpliwie ta figura powinna tu być! Wszystko stało się jasne po wyjściu na plac. Okazało się, że wizerunek Matki Bożej Fatimskiej to ogromna figura, umieszczona w fasadzie kościoła. Jak później doczytałam, waży aż 14 ton! Dodatkowo, druga figura Maryi stoi w kaplicy przy placu, w której w trakcie remontu Bazyliki odbywa się najwięcej Mszy świętych.

tekst: Magda Moll-Musiał

Czytaj więcej w sierpniowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.