Ojciec Pio – fenomen wśród spowiedników

Na co warto stracić czas? Na poszukiwanie dobrego spowiednika. W rzeczywistości ten czas wcale nie jest stracony, on niezwykle procentuje. Ostatnio moja przyjaciółka odważyła się i zapisała na prawo jazdy. Zapytałam czy jest zadowolona. Jest, bo lubi jeździć i dobrze sobie radzi. Ale w tym wszystkim istotną rolę odgrywa postać samego instruktora. W zasadzie od niego dużo zależy, jakim będzie się później kierowcą. Powiedziała mi, że jej instruktor jest wobec niej bezkompromisowy. Niczego „nie przepuści”. I właśnie z tego faktu jest bardzo zadowolona. Zazwyczaj pamięta się też tych nauczycieli, przed którymi drżało się ze strachu, bo tacy byli wymagający. Docenia się ich, niestety, dopiero po czasie, a tego, co uczyli, pamięta się latami. Przez „przypadek” trafiłam też na takiego spowiednika. „Siódme poty” przed spowiedzią wylewałam, bo nigdy nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Na pewno nie głaskania i pocieszania. Kiedyś, po takiej spowiedzi, kiedy Pan Bóg, przez niego konkretnie i otwarcie otworzył mi oczy na stan mojej duszy – trzy dni dochodziłam do siebie. Ale właśnie dzięki takiemu spowiednikowi byłam w stanie dotrzeć do głębi i stanąć w prawdzie. Oczywiście bolało, przecierpiałam, ale owoce były. I wdzięczność Bogu za tego kapłana. Teraz tak myślę, że pewnie niejedna osoba, oczywiście po czasie, była wdzięczna świętemu ojcu Pio, za to, że bywał ostry i konkretny, jeśli chodziło o Spowiedź świętą. Wszyscy wiedzieli, że jest bardzo wymagający, szorstki. Zdarzało mu nawet nie rozgrzeszać czy wyrzucać z konfesjonału, jeśli miał do czynienia z wyjątkowo zatwardziałą osobą. I choć bali się ojca Pio, to przejeżdżało do niego tysiące ludzi z całego świata, którzy za jego przyczyną, nawracali się do Boga.

Czytaj więcej we wrześniowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.