Matka Boża Kalwaryjska

Świt. Ledwie słońce wynurzy zza horyzontu swój pierwszy promień, a już słychać śpiew. Nie, nie ptaków. Po górach, dolinach rozchodzi się głos… Pątników. Pielgrzymów, którzy śpiewają na cześć Maryi. Kroczą w grupach po ukwieconych łąkach, dróżkach, dotykając tajemnic życia Matki Najświętszej i Pana Jezusa. Kalwaria Zebrzydowska ma coś takiego w sobie, że człowieka „wciąga”. Może to naturalne piękno krajobrazu, które się tu roztacza u progu polskich Beskidów? Rozśpiewane pagórki. Podeptane łąki tysiącami, a raczej milionami, kroków. Dróżki Matki Bożej i Pana Jezusa łączące się ze sobą. Przenikające się. Ubogacone kaplicami, w których ukryta jest tajemnica Matki i Syna. Te góry słyszały przez wieki wiele rozśpiewanych serc. A może przyciąga tu pielgrzymów piękny klasztor ojców Bernardynów, który góruje nad całą okolicą? Mama zabierała mnie tam, kiedy byłam mała. Dziś przekraczając próg klasztoru, nagle staję się tą samą małą dziewczynką, co kiedyś. W pamięci powraca zapach tego miejsca, a na dłoni czuję dotyk mojej mamy, która trzymała mnie za rękę. To zapach tradycji, ojcowizny. Ale nie tylko. To zapach świętości. Zapach modlitw milionów serc, które z pokolenia na pokolenie nawiedzali to miejsce. Dziś sama też zabieram tam swoje dzieci. Po co? Żeby utrzymać tradycję? Też. Ale jest w tym miejscu coś wyjątkowego, co chcę im pokazać. Sercem tego miejsca i tym, co wszystkich od tylu wieków tu przyciąga jest… Maryja, która króluje tu w cudownym wizerunku Matki Bożej Kalwaryjskiej.

tekst: Anna Wojtyczek

Czytaj więcej w lipcowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.