Maryja Niepokalana

Ilekroć staję przed perspektywą napisania tekstu o Maryi, zwyczajnie się boję. Najczęściej tego, że swojej miłości do Niej nie będę w stanie przelać na papier. Wielokrotnie próbowałam i nic z tego nie wychodziło. Wiele osób – teologów, mariologów, świętych i błogosławionych – opiewało chwałę i piękność Maryi. Wydawać by się mogło, że powiedziano i napisano już wszystko. Można, a nawet trzeba adorować Przenajświętszy Sakrament. Godzinami wpatrywać się w Hostię. Ale można też w Maryję. Sam Jej wizerunek – w figurze, w ikonie czy też w obrazie – może patrzącego „pochłonąć” bez reszty. Mnie samej, kiedy nie mam Jej wizerunku w zasięgu wzroku, wystarczy Jej Imię. Święte. Tajemnicze. Głębokie. Jedyne.

Kim Ona jest? Dla mnie – wszystkim. Bez Niej nie wyobrażam sobie mojego istnienia. Jakbym była złączona z Nią jakąś niewidzialną pępowiną. Z biegiem lat coraz bardziej uświadamiam też sobie tę prawdę, że na nic, na nikogo, a tym bardziej na samą siebie nie można w życiu liczyć. Maryja jest moją jedyną ostoją. Jedynym oparciem. Kiedy dochodzi się do wniosku, że nie ma się nic i w gruncie rzeczy – w obliczu Boga – też nikim się nie jest, to zostają tylko dwie opcje: albo popaść w rozpacz, albo spojrzeć w górę. I postawić całe swoje życie na Maryję. Tak jak zrobił to ksiądz kardynał Wyszyński i wielu innych świętych Kościoła Katolickiego. Niektórzy z nich całe swoje życie poświęcili jednemu zadaniu – szerzeniu kultu Maryi, zgłębianiu Jej tajemnicy. Mam tu na myśli świętego Maksymiliana, wielkiego szaleńca NIEPOKALANEJ.

tekst: Dagmara Gałązka

Czytaj więcej w lutowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.