Dietetyk z powołania

Jola to dość nietypowy dietetyk. Nie podaje przepisów „fit” diety cud, ale proponuje metanoię – czyli nawrócenie, zmianę myślenia, podejścia do jedzenia. Prowadzi firmę jednoosobową, rozmawia, doradza, przygotowuje jadłospisy. Jej pacjenci pewnie się nie domyślają, że do każdej zaproponowanej przez Jolę diety, dołączona jest modlitwa. Jola zaspokaja, nie tylko fizyczny głód swoich pacjentów, ale też ten duchowy. „Modlę się zawsze za moich pacjentów, których miałam, których mam i których będę mieć. Niech Bóg działa w ich życiu, bo oni po coś są postawieni na mojej drodze i dlatego jestem dla nich”. Jola jest tradycjonalistką. Broni tego, co dała nam natura, co stworzył Pan Bóg. Często mówi mi o tym, że to, co nieprzetworzone, jest dla nas najwłaściwsze, bez „ulepszaczy”. Takie proste, zwyczajne, normalne, a jednak trzeba o tym przypominać. Pan Bóg dał nam też ciało, ale też i zadanie – dbanie o nie – oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, aby nie przesadzać w jedną ani w drugą stronę. Mój tata często pytał: „Żyjesz po to, aby jeść? Czy jesz po to, aby żyć”?

Proponujesz życie zgodne z naturą i Panem Bogiem.
Wychodzenie nawet na słońce, korzystanie z tego daru Pana Boga. Ono jest nas potrzebne żeby być zdrowym. Słońce powoduje, że nasz organizm syntezuje witaminę D3 która powoduje, że się wchłania wapń z jedzenia, mamy zdrowsze kości, hormony nam lepiej działają. Przy brakach i niedoborach tej witaminy jesteśmy bardzo chorzy, nie zdajemy sprawy, ale „wysiada” nam tarczyca, nadnercza, kości nam się kruszą. Jak nam tarczyca „wysiądzie”, to potem też nadnercza, przysadka mózgowa i potem cały układ hormonalny. Także to wszystko jest ważne, bycie na świeżym powietrzu, już nie mówię o jakiś sportach ekstremalnych. Nie muszę od razu kupić sobie jakiś ekstra super strój, wspaniały rower i buty, kask, rękawiczki i jeszcze nie wiadomo co, ale wystarczy pójść na spacer. Nie siadam przed komputerem, ale zabieram dzieci, wychodzę, uczę się od nich a one ode mnie, budujemy relację, jesteśmy razem. Potem wracamy zmęczeni, wypijamy coś dobrego, ale nie colę, czy jakiś inny słodki napój, ale zrobię jakiś sok owocowy i dobrą kolację. Nie musimy też jeździć na jakieś ekstra wypasione wakacje, niekoniecznie musi nas na to stać, ale proste wakacje u babi, u dziadka w starym domku, na wsi, są najfajniejsze, najpiękniejsze wspomnienia.

rozmawiała: Dagmara Gałązka

Czytaj więcej w lipcowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.