Bóg jest naprawdę blisko

Zastanawiałam się niedawno czy jeszcze potrafię marzyć. Tak zwyczajnie. Jak dziecko. I doszłam do wniosku, że im jestem starsza, tym mniej mam marzeń. Zaczęłam zazdrościć dzieciom. One wciąż o czymś marzą. Mój najmłodszy synek, na przykład, marzy o tym, by być dinozaurem. Tak, dinozaurem. Oczywiście próbowałam zrozumieć, o co chodzi. Podpytywałam – może paleontologiem chcesz być? Albo aktorem, który przebiera się za dinozaura? Nie. On chce być dinozaurem i koniec. Hmmm. Oryginalne. Mogę nie rozumieć, ważne, że on wie, o co chodzi. Dzieci takie są. Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką, miałam jedno wielkie marzenie. Chciałam… sypać kwiatki podczas procesji Bożego Ciała. Założyć białą sukienkę, wianuszek, zawiesić na szyi koszyczek pełen płatków kwiatów i iść. O, jak zazdrościłam tym dziewczynkom, które były już po I Komunii Świętej i siostra katechetka pozwoliła im iść w procesji. Wreszcie się doczekałam. I to jest jedno z najpiękniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa. Moje marzenie się spełniło. Byłam taka szczęśliwa! Z pewnością nie do końca rozumiałam, w czym biorę udział. Wiedziałam, że to coś ważnego. Ale przecież tu nie o rozumienie chodzi, a o wiarę. Uwierzyć, że Bóg jest tu, w tym kawałku białego opłatka. Uwierzyć, że to nie pamiątka ani symbol, tylko żywa i prawdziwa Obecność. To jedna z najtrudniejszych rzeczy tu, na ziemi. A jednak ludzie wierzą. Mniej lub bardziej. Ale jednak wierzą. Wychodzą na ulice. I idą za kapłanem, który niesie żywego Boga.

tekst: Joanna Wołoszyn

Czytaj więcej we wrześniowym numerze miesięcznika „Ogień Jezusa”.